piątek, 16 czerwca 2017

06. " Nikt nie zrozumie świata,w którym żyjemy, jeżeli sam nie jest w nim zamknięty", cz. 1.

      Kochani, powracam! Wybaczcie mi taaaką nieobecność, ale naprawdę miałam sporo na głowie. Poprawiałam maturę, cały rok siedziałam w domu i przygotowania pochłonęły mi dużo czasu. Szczerze mówiąc trochę też zapomniałam o tek historii, dopiero ostatnio szukałam w katalogu fajnego fanfiction i trafiłam na opis tego, przypominając sobie o jego istnieniu. Przeczytałam tą historię od nowa i uznałam, że należy jej się szansa. Daję wam rozdział, powoli wracam do pisania, dlatego z czasem będzie więcej i lepiej. Zachęcam do komentowania i wyrażania swojej opinii bo jest to dla mnie bardzo ważne. Miłego czytania, pozdrawiam i życzę miłego wieczoru/nocy! 


***

  Zima w tym roku nadeszła niespodziewanie. Dałabym sobie rękę uciąć, że jeszcze poprzedniego dnia słońce pięknie świeciło i kompletnie nic nie wskazywało na to, że śnieg zakryje swoją grubą warstwą Londyn i jego okolice. Byłam przyzwyczajona do tego, że w Angli naprawdę dobra pogoda jest rarytasem, więc nie przejmowałam się zbytnio płatkami puchu spadającego ma moją zaczerwienioną od mrozu twarz. Z głową opuszczoną w dół przemierzałam plac Malfoy Manor, by nie narażać swojej i tak czerwonej już od zimna buzi. Jeszcze tego mi brakowało, żeby ta Ślizgońska kreatura dostała kolejny powód, do składania mi kąśliwych uwag. Niby na temat swojego wyglądu słyszałam już wszystkie, chociaż wiedziałam, że on zawsze trzyma coś specjalnego na dni, w których zwyczajnie nie mam nastroju, bądź jestem smutna, czy zrezygnowana. Żałuję wtedy, że on jest taki bezbronny, bo najchętniej przypomniałabym mu, dlaczego byłam tak dobrą uczennicą w Hogwarcie. Na samą myśl o takim pojedynku na moją twarz wkradł się przebiegły uśmiech, którego chcąc, nie chcąc nauczyłam się od Malfoy'a, tak przynajmniej mówił Ronald, wrzucając w swą wypowiedź tyle pogardy, ile tylko zdoła. Może było w tym ziarno prawdy, ale jakoś przestało mi to przeszkadzać, przestałam się przejmować opinią innych, powoli zaczynałam żyć, nawet jeśli wykonywałam kolejną znienawidzoną pracę.
          Wspięłam się po wyłożonych granitem schodkach i zaczęłam przeszukiwać torebkę w poszukiwaniu kluczy do przybudówki, gdy drzwi przede mną otworzyły się, a w nich stanął nie kto inny, jak Lucjusz Malfoy, pokrywając tym samym swoją twarz wymuszonym grymasem, który jak mniemam miał być swego rodzaju wyrazem szaczunku do mojej pracy.
       - Dzień dobry - odparłam, patrząc w jego zmęczoną twarz. Dopiero teraz zauważyłam, jak bardzo niszczył go stan jedynego syna, zmarszczki które pokrywały jego niegdyś nieskazitelną twarz były coraz bardziej wyraziste i czułam w głębi duszy, że będzie ich coraz więcej.
        - Panno Granger - gestem dłoni zaprosił mnie do środka, przepuszczając tym samym moją osobę w drzwiach. Wytrzepałam pokryte śniegiem buty o zieloną wycieraczkę i zachęcona ciepłem weszłam do budynku. - Draco dzisiaj źle się czuję. Od rana leży w łóżku, jego humor też pozostawia wiele do życzenia. Boję się, że się rozchoruję.
           - Co powiedział Blaise?
   - Pan Zabini przybędzie dopiero wieczorem, ostatnio w Mungu brakuje personelu - przewrócił oczami w geście pogardy. - Musiał więc wziąć zmianę.
        - Rozumiem, a co jeśli mu się pogorszy? - Oczywiście włączyłam tryb panikary Granger, ale do cholery nie chciałam żeby Malfoy umarł podczas mojej pracy, jakie miałabym wtedy referencje?
       - Poślij wtedy po mnie skrzata - skinął ku mnie głową, odwrócił się na pięcie i ruszył w kierunku przejścia do głównego budynku posiadłości Malfoy'ów.
    - Co ja mam z nim dziś robić, czy powinnam do niego iść? - Krzyknęłam wręcz z desperacją w głosie, na co blond włosy meżczyzna odwrócił się i porozumiewawczo uniósł brwi.
        - Pani chyba wie, czego mu potrzeba.
    Westchnęłm tylko głęboko, tak jakbym zdziwiła sie, że Lucjusz Malfoy nie dodał mi w jakikolwiek sposób otuchy. W przedpokoju rozebrałam się z ciężkich, zimowych ciuchów, zostawiając je na grzejniku do wyschnięcia.  Gdy byłam gotowa fizycznie, wzięłam kilka głębszych oddechów i powolnym krokiem ruszyłam w kierunku sypialni dziedzica. Jeszcze wolniej uniosłam rękę i niemalże z bólem zapukałam w drzwi od pomieszczenia.
      - Kto tam? - Usłyszałam ciche warknięcie, przez co poczułam, jak resztki mojej nadziei i w miarę dobrego nastroju właśnie się ulotniły.
        - No, to ja - odchrząknęłam cicho. - Gran... Hermiona.
     Odpowiedziałam i pchnęłam lekko drzwi, przez które dostrzegłam na wpół siedzącego blondyna.
        - Co ty nie powiesz - szepnął, po czym już głośniej w istnie Malfoy'owski sposób zrujnował mój dzień doszczędnie. - Jesteś głupsza niż Crabbe i świętej pamięci Goyle razem wzięci.
     - Myślałam, że to twoi przyjaciele - wzruszyłam obojętnie ramionami, nie dając mu tym samym satysfakcji z tego, że dotknęły mnie jego słowa.
      - Rozejrzyj się Granger, pracujesz tu miesiąc, oprócz tej przebrzydłej wywłoki i jej przydupasa, nikt mnie nie odwiedza - prychnął. - Jedynym moim przyjacielem jest Blaise.
      - Ja też tu jestem - wycedziłam przez zęby, udając, że poprawiam jego białą, idealnie ułożoną już pościel.
          - Jesteś tu, bo ci płacę.
         - Twoi rodzice mi płacą - odgryzłam się mu, nie dam się, nie tym razem.
   - I w każdej chwili mogą przestać, trzymam cię tu tylko i wyłącznie z dobroci mojego serca.
        - Czego?
        - Słuch też masz do dupy?
    - Jedyną do dupy rzeczą to jest twoje gówniarskie zachowanie Malfoy - warknęłam, tupiąc przy tym małą nogą, niczym mała dziewczynka, której rodzice nie chcą kupić nowej lalki.
        - Wyjdź stąd.
        - Co?
      - Wypierdalaj, Granger - syknął, po czym popatrzył na mnie wzrokiem, którego nie powstydziłby się sam Voldemort. Zrozumiałam, że przegięłam, on chciał mnie wkurzyć, a ja się mu poddałam, dając tym samym wplątać się w jego standardową grę.
        - Będę o...
  - POWIEDZIAŁEM WYPIERDALAJ! - Wrzasnął tak głośno, że moje oczy zalśniły łzami, przełknęłam głośno ślinę i niemalże pędem udałam się w kierunku drzwi, po czym trzasnęłam z nimi z całej siły, rzucając jeszcze krótkie " będę obok ", choć szczerze mówiąc nie wiem, czy on to wogóle usłyszał i w tym momencie było mi to obojętne. Byłam wściekła nie wiedziałam na kogo bardziej - na niego za to, że był takim cholernym chamem, czy na siebie, że dałam mu się sprowokować. Z grymasem na twarzy ruszyłam do kuchni i niemal roztrzaskałam o blat kubek, który wyjęłam z szafki.
        - Cholera - mruknęłam, sprawdzając, czy aby napewno naczynie jest całe.
    Nastawiłam czajnik i usiadłam na kuchennym blacie, rozmyślając o wczorajszej prośbie Harry'ego, która wydawała mi się nieco nie na miejscu. Malfoy'owie nie zmienili się, dalej byli tak samo nadęci i przerażający, o zachowaniu Dracona nie wspominając, ale nie wierzyłam w to, ze mogliby miecć jakiekolwiek kontakty ze śmierciożercami po tym, jak warunkowo uniknęli dożywocia w Azkabanie. Poza tym na Merlina płacili mi krocie za opiekę nad tym dupkiem, nie mogłam szpiegować kogoś, kto zapewnia mi utrzymanie. Jasne, ze to było straszne i się bałam, ale ostatecznie potrafiłam się bronić, nie chciałam się angażować już nigdy więcej w sprawy świata czarodziejów, po prostu - wyparłam sie starego życia, jakkolwiek bym nie zaprzeczała.

***

      Minęła godzina, odkąd zostawiłam tego bufona samego w jego pokoju. Nie martwiłam się, ponieważ nie wierzyłam w to, że będzie w jakikolwiek sposób w stanie zrobić sobie krzywdę leżąc w jednej pozycji. Miałam nadzieję, że już nie będzie mi dane go oglądać tego dnia, ale moje nadzieje były płonne.
      - Granger - słyszałam wściekłe wołanie, na co szybko podniosłam się i niemal pędem rzuciłam się w kierunku pomieszczenia. Wpadłam do jego pieczary już zdyszana, a pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to jego niezadowolony wyraz twarzy. - Muszę zmienić pozycję - jęknął.
         - Przeproś - uśmiechnęłam się chytrze.
    - Pracujesz dla mnie - syknął - mam prawo cię wyzywać, a ty obowiązek spełniać wszystkie moje polecenia.
       - W takim razie poczekasz na Blaise'a - wzruszyłam ramionami i udałam się do wyjścia.
      - To nie jest śmieszne ty... ty psychopatko, niech no tylko...
      - Twój ojciec sie dowie? - wywróciłam oczami, po czym zacmokałam prowokacyjnie. - Nic sie nie zmieniłeś Malfoy. Co mam robić? - Westchnęłam i ruszyłam w jego kierunku.
     - Jesteś nienormalna - rzucił. – Podnieś mnie i obróć, a potem unieś wezgłowie łóżka. Tutaj... – Skinął głową, żebym podeszła bliżej. – Włóż mi ręce pod pachy, złap się za ręce za moimi plecami i pociągnij. Jak usiądziesz na łóżku to nie nadwyrężysz sobie tego krzywego kręgosłupa.
   - Nie mam krzywego kręgosłupa - syknęłam, siadając obok niego.
     - Twoją skoliozę widać z odległości kilometra - usmiechnął się prowokacyjnie, na co tylko westchnęłam. - Długo mam jeszcze czekać? 
     Objęłam go, czując jego zapach, ciepło jego skóry. Już bliżej niego nie mogłabym być, chyba że zaczęłabym go skubać zębami za ucho. Na tę myśl ogarnęła mnie lekka
głupawka i musiałam się mocno starać, żeby się opanować.
     - Masz głupi wyraz twarzy Granger - zwrócił mi uwagę. - Znaczy... Głupszy niż zwykle.
     - Nie gadaj tyle - Nabrałam powietrza, złapałam się za ręce i poprawiłam pozycję,
dopóki nie poczułam, że mocno go trzymam i nie zrobie mu krzywdy.
         - Cholera, Granger - jęknął.
      - Co się stało? - Niemalże krzyknęłam z przerażenia.
        - Nic. Masz zimne ręce.
    - Gdybyś ruszył dupę, z tego łóżka, to zobaczyłbyś, że pada śnieg i jest zimno.
   - To nie było śmieszne - po chwili zrozumiałam, co powiedziałam i poczułam, jak ogarnia mnie wstyd. Postanowiłam nie mówić już nic więcej i gdy podciągnęłam go już wystarczająco, zaczęłam opuszczać powoli jego ciało na poduszkę, lecz widziałam, że towarzyszy mu przy tym grymas bólu, wymalowany na twarzy.
   - Dra... Malfoy, może chcesz coś przeciwbólowego?
          - Przynieś mi, najlepiej coś mocnego.
         - Może poślę po Blaise'a? - Zmartwiłam się.
     - Chyba umiesz znaleźć odpowiednią tabletkę? Opakowania mają naklejone etykietki, chyba, że zapomniałaś, jak się czyta, to...
    - Zaraz ci przyniosę - ucięłam jego monolog, szczelnie okryłam go kołdrą i ponownie udałam się do kuchni, by znaleźc coś, co uśmieży ból mojego podopiecznego.      Byłam już strasznie zdenerwowana i czułam, że jeżeli Blaise wkrótce nie przyjedzie, to będzie musiał zająć się także mną. Drżącymi rękami szukałam tabletek, których nazwę podał mi Draco - co musiałam dokładnie sprawdzić, ponieważ nie wierzyłam mu na słowo, choć niejednokrotnie powtarzał, że jego mózg nie jest sparaliżowany. Gdy dostrzegłam upragnione opakowanie, sprawdziłam dokładnie ulotkę i wyciągnęłam moździerz, by rozdrobnić pigułkę. Zadowolona z siebie ruszyłam do pokoju Malfoy'a martwiąc się, czy jeszcze żyje.
       - Mam twoje leki - odparłam, zamykając za sobą drzwi. Przywitała mnie jednak cisza. - Draco?
       Dalej nic.
      - Malfoy, to nie jest śmieszne - jęknęłam przerażona.
      - Jak dla ciebie to Pan Malfoy - wyszeptał zmęczonym głosem.
     - Na Merlina, wystraszyłeś mnie - usiadłam z ulgą na łóżku, rzucając mu urażone spojrzenie.
        - Miałaś nadzieję, że nie żyję? - Posłał mi swój firmowy uśmiech.
          - Eee nie, za dużo papierkowej roboty - puściłam mu oczko i podałam leki, przyglądając się, jak ze spokojem je zażywa.         - Chcesz coś zjeść?
       - Nie jestem głodny - pokiwał przecząco głową. 
     - W takim razie jest coś, co mogę dla ciebie zrobić? Mogę opowiedzieć ci coś o moim szurniętym chłopaku, albo rodzinie...
    - Granger... - przerwał mi w połowie zdania, patrząc na mnie znacząco. - Dziękuję.
    - Jak mocne są te leki? - Spytałam zdziwiona, chwytając ponownie niewielką fiolkę, na co blondyn roześmiał się. Pięknym, szczerym śmiechem.
        - Po prostu ci podziękowałem za pomoc, dobrze wychowani ludzie tak robią - zaznaczył.
          - Jakżeby inaczej - wywróciłam oczami i chwyciłam książkę, która kurzyła się na półce w jego pokoju.
          - Co to?
        - Mały książe - uśmiechnęłam się sama do siebie, na wspomnienie tej wspaniałej książki.
       - " Nikt nie zrozumie świata,w którym żyjemy,jeżeli sam nie jest w nim zamknięty".
     - Czytałeś - stwierdziłam zdumiona, wertując w tym samym czasie stronnice, wdychając ich piękny zapach. 
          - Jest znośna - westchnął znudzony.
        - Znośna? Malfoy... - pochwyciłam jego ostrzegawcze spojrzenie, na co szybko się poprawiłam. - Panie nadęty Malfoy, to jedna z najpiękniejszych książek, jakie ktoś napisał. 
          - Może. 
          - Poczytać ci? 
        - Żartujesz, prawda? - prychnął, patrząc na mnie, jak na niepełnosprawnaą umysłowo ( nic nowego).  - Na Salazara, nie żartujesz. 
       - Oczywiście, że nie - wypięłam dumnie pierś i przysunęłam krzesło bliżej blondyna, by mógł dokładnie mnie słyszeć.  - Tak się składa, że mam bardzo dobrą dykcję, więc... 
       - Po prostu czytaj - upomniał mnie i delikatnie przymknął oczy, od czasu do czasu zmieniając jedynie wyraz twarzy, ukazując tym samym emocje, jakie towarzyszyły mu podczas słuchania tej historii.


***


        Nawet nie wiedziałam kiedy zasnął, a ja zaczęłam czytać dla siebie, nie przejmując sie tym, że nikogo więcej już nie ma w pomieszczeniu. Z transu wyrwał mnie dopiero Blaise, który stał teraz przed łóżkiem Dracon'a, z lekko przerażonym wyrazem twarzy.
      - Gorączkuje?  - Spytał mnie na wstępie.
      - Trochę, a czemu pytasz?
   - Ma kropelki potu na całej twarzy, cholera... Niedobrze - warknął. - Dlaczego nie zadzwoniłaś?
   - Pan Malfoy mówił, że będziesz wieczorem, dałam mu leki przeciwbólowe i...
         - Równie dobrze mogłaś dać mu dropsy - podszedł do Dracona, odkrył go i podwinął jego koszulę do góry. - Przynieś ręczniki namoczone zimną wodą, musimy zbicć gorączkę.
        Prowadzona podwyższonym poziomem adrenaliny w ekstremalnym tempie przynosiłam rzeczy, o jakie prosił mnie czarnoskóry pielęgniarz. Nie wiedzieć czemu, byłam przerażona. Bałam się o Malfoy'a, nie dlatego, że nie chciałam stracić pracy, ale dlatego, że nie chciałam, by coś stało się jemu.
      - Jego organizm inaczej reaguję na gorączkę - poinformował mnie, zabierając mokry ręcznik, lokując go na karku blondyna. - Nie jest w stanie regulować temperatury. Przynieś jeszcze antybiotyk, ten najsilniejszy.
           Pobiegłam po leki. Znowu.
  Przez około godzinę zbijaliśmy temperaturę Malfoy'a, używając do pomocy również wiatraka i lodu. Rozebraliśmy go i okryliśmy cienkim prześcieradłem czekając, aż jego stan się polepszy. Wymieniałam na bieżąco kompresy, które ulokowaliśmy na jego czole i wokól szyi.
       - Chyba z nim lepiej - rzuciłam bardziej do siebie, niż Blaise'a.
        - Nie na długo - westchnął. - Zostajesz tu dziś?
      - Tak, nie można go teraz zostawić samego.  Zresztą i tak nie mam nic do roboty w domu.  - Kiwnęłam głową, patrząc na  bladą twarz blondyna, którą okalały bozlepiane od potu włosy. 
         - W takim razie zostawię ci rozpiskę, co i kiedy musisz mu podać - uśmiechnął się do mnie delikatnie. - Będzie z nim dobrze, nie martw się. 
     - Wiem, po prostu... To jest dla mnie nowe.
        - Przyzwyczaisz sie, kolejny raz już nie będzie taki straszny - powiedział, kierując się do kuchni, a ja ruszyłam za nim. Zajęliśmy miejsce przy stole, gdzie mogłam wypytać o instrukcję na resztę nocy.
     - Kolejny raz? - Zmarszczyłam brwi, siadając naprzeciwko bruneta, który zapisywał starannie białą kartkę.
        - Jego organizm jest bardzo podatny na infekcję. To naprawdę nie jest dla mnie, ani dla niego nowośc. Pewnie dlatego nie kazał wezwać mnie wcześniej - westchnął. - Ma juz dość. 
      - Szkoda mi go - wypaliłam na głos, czym przykułam spojrzenie Zabini'ego.
      - Mi też, ale po to tu jesteśmy - przysunął w moja stronę kartkę. - By mu pomóc.